Hmm, tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. No może trochę o sobie:
About Me…

Mam na imie Sylwester (popularniej znany jako Fantuś)
Pochodzę z Białegostoku (dokładniej z Karakul ,obecnie mieszkam w Wasilkowie)
Urodziłem się 30 dni przed świętem Halloween w 1983r (coś po godzinie 23:00, kiedy to akuszerka próbowała mnie udusić, ale na szczęście w chwili mego ostatniego oddechu urwał się żyrandol w pokoju i uderzył ją w głowę, zrobiło się ciemno i po zaczerpnięciu powietrza, mogłem wyturlać się z pokoju, by sprytnym raczkowaniem czmychnąć z niedoszłego miejsca mego zgonu. Przesiedzialem 4 tygodnie w lesie żywiąc się robaczkami i grzybkami, ktore starannie wygrzebywałem ze śniegu, i ostatnie co pamiętam - zostałem odnaleziony przez tabun tajemniczych przedstawicieli rasy romskiej. W niewyjaśnionych okolicznościach zostałem odstawiony do domu, przez nieoznakowany radiowóz Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej i z kilkoma siniakami na plecach i głowie, powstałych na wskutek testów nowego środka przymusu koniecznego, zostałem zaakceptowany w rodzinie. Dzisiaj funkcjonuje prawie normalnie, mimo licznych odmrożeń i bezwładów jakich doświadczylem w 1 miesiacu mego życia, a przeżyte fizyczne boleści uczyniły mnie twardszym i odpornym na przykrości dzisiejszego świata.
Sport
Jako absolwent wydziału sportowego Szkoły Podstawowej, czuje się na siłach by sprostać wysiłkowi fizycznego jaki towarzyszy modnemu ostatnio sportowi - "Klikaniu w klawiaturę". Pogrywam także na pozycji bramkarza w KS Karakule, i kibicuje całym sercem mej lokalnej drużynie Jagiellonii Białystok, a także wszystkim reprezentantom mego Kraju na arenach międzynarodowych. Byłem także reprezentantem szkoły w warcabach, monopolu, bierkach, skokiem przez antylopy, pasjansie, w rzucie krawężnikiem, a obecnie trochę biegam, uprawiam seks i bije rekordy w piciu piwka.
Czas Wolny
Większość czasu lubię spędzać samemu przy mojej pasji, ale zdarza mi się też poświęcać chwile mojej kochanej rodzince. Na wskutek sklerozaicznych czynnikow uciekajacego czasu, zawarcia małżeństwa, a ostatnio - masowej emigracji za chlebem, utraciłem znaczną część znajomych, niekiedy przyjaciół, czego pewnie doświadczył niejeden duszoludzki element społeczeństwa, ale cóż na szczęście mamy portale społecznościowe, gdzie można pośledzić poczynania naszych dawnych bratnich dusz. A ci którzy przetrwali do czasów obecnych i wytrwali w mej trudnej znajmości, są integralną częścią mojej ekskapady towarzyskiej. No i pozostają jeszcze wspomnienia z lat młodszych, chwile które to wspomina się nieraz z łezką w oku lub masztem w portkach.
Zainteresowania
Hmm…
Trudno i wstydliwie się do tego przyznać, ciężko się też domyślić po architekturze stronki, ale jestem zboczonym fanem FANTASTYKI.
O początkach mojej choroby mówi pewna legenda, wg której to miałbym urodzić się w normalnej rodzinie, na normalnej porodówce w normalnym na tamte czasy szpitalu, gdzie to siostra położna, po narodzinach, miała skomentować mój wygląd tymi o to legendarnymi słowami: "O Boże jaki on śliczny! Normalnie Fantastyczny". Wtedy oczom zgromadzonych specjalistów od porodu miał ukazać się skrzydlaty przystojniak w świetle reflektorów i rzec w tymi słowy: "Nie lękajcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką: dziś w mieście Białymstoku narodził się wam Fan i Znawca gatunku pionierskiego, a tyś babo co go w przymiotniki te ubrała, wiedz iż będą one jego życiem kierować". Na koniec pożegnał się słowami: "No to cześć wam!" a jego fizyczność zlała się ze światłością. Od tej pory, zgodnie z przepowiednią przystojniaka, słowa położnej miały mieć ucieleśnienie w mej osobie i ponoć jest tak do dziś :).
Wiele jest też przepowiedni i mitów o narodzinach mej pasji, i tyleż samo teorii spiskowych, jako bym był fałszywym fantastyki znawcą, lub że interesuje się tym tylko ze względu na parcie na szkło i sukces komercyjny jaki za tym wszystkim stoi, ale jak większość teorii spiskowych tak i te, maja nielicznych wiarołomców.
Najbardziej dopuszczalną przez świat realny wersją o mych początkach jest nudna droga poprzez pierwsze symptomy choroby i kontakty z przedmiotami chorobotwórczymi.
Otóz choroba wywoływana przez wirus JZF-M (Jadowity Zaraźliwiec Fantastyko-Maniactwa) udeżyła po raz pierwszy w czasach mego wczesnego dzieciństwa, ale jej przebieg nie narobił żadnych szkód w moim najbardziej złożonym narządzie i obszedł sie nieudolną próbą infekcji. Aby nieco przybliżyć przyczynę muszę pogrzebać w pamięci i sprawach rodzinnych, więc może być ciężko. A więc miałem nie więcej jak 8 lat, kiedy mieszkająca z nami młodziutka ciocia Kasia obdarowała mnie zainfekowanym prezentem, którym okazał się komiks, o obco wtenczas brzmiącym tytule - "Blade Runner - Łowca Androidów". Lekko zdezorientowany wyglądem i zawartością prezentu pokusiłem się na wysiłek myślowy, aby zaakceptować czarno-białe rysunki z dosyć sporą ilościa literek, jako pewnego rodzaju malowankę. Niestety kreska kwartetu Williamson-Garzon-Green-Reese niekoniecznie sprzyjała w pomysłowości i obraniu techniki malowania owych obrazków i skończyło się na kilku żółtych wypełnieniech, na podobieństwo techniki stosowanej chociażby w cyklu "Sin City" Franka Millera. I tak owa "malowanka" powędrowała gdzieś w słabo odwiedzane miejsce, gdzie wirus JZF-M zapewne z braku podatnych na infekcje osobników, zginał w samotności. Umysły z objawami ciekawości, maluja zapewne wężyka nad kropką, chcąc poznać dalsze losy książeczki z czarno-białymi obrazkami. Otóż wracałem do niej czasem by spróbować ogarnąć zawarty w niej temat, albo by pooglądac troszke golizny, o którą ciężko było w tamtych latach, no ale najczęściej "Blade Runner" służył jako ważny element górnej części stosu różnorakich książeczek, malowanek, czy też albumów z naklejkami typu "Kukuruku" czy "Dynasty". Następnie po długim pobycie na wczasach strychowych został odnaleziony, nieco odrestaurowany i wcielony do kolekcji, o której wspomne niedługo. Jako ciekawostke dodam iz komiks ma się bardzo dobrze, i jest traktowany należycie w czasach dzisiejszych.
Nieprzypadkowo wspominam właśnie komiks jako moje Begin w Fantastyce, gdyż to jest właśnie zdiagnozowane źródło mojej wciąż rozwijającej się choroby, ale zanim pozanudzam o tym, nie moge pominąć kilku blizn - pozostałościach z dzieciństwa i kolejnych, tym razem nieco skutecznych atakach wirusa JZF-M:
- "Przyjaciele Wesołego Diabła" - już samo wystukiwanie tytułu tego serialu przywołuje traumatyczne obrazy facjaty tytułowego Piszczałki, którego to przygody oglądaliśmy niemal rodzinnie i niemal przez palce, a stop-klatka na końcowych napisach, jest tak wyraźna w mej pamięci jak ekran pracującego, w nocy przy przygaszonym świetle, monitora. W zasadzie wolałem, antonimicznie do tytułu, kiedy Piszczałka się nie uśmiechał, gdyż w tej przerażającej chwili, musiałem, jak przystało na starszego i odważniejszego brata, potwierdzać słowa rodziców o łagodności i sympatyczności tego bohatera, i zbierając wszelkie siły odwagi, odsuwać mocno przylegające ku oczom, dłonie, dając tym samym przykład młodszemu rodzeństwu. Serial zainfekował wtedy mnie jakąś lżejszą odmianą wirusa JZF-M, który wywołał we mnie masochistyczne pragnienie strachu.
- "Godzilla" - dawno, dawno temu, żył sobie pewien młodzieniec, który swoja księżniczkę zabierał czasem do kina, nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to iż młodzieniec ów miał dar przekonywania o świetności wyświetlanych w tamtym czasie filmów, i że zazwyczaj filmy, na które zabierał swoja księżniczkę, były produkcji japońskiej, i zazwyczaj opowiadały o kolejnych starciach pewnego, zrodzonego z obaw zimnowojennych, utkwionych w psychikach niejednego japońskiego obywatela, sympatycznego jaszczura o sławnym już imieniu. Mimo protestów i prób powstrzymywania przez księżniczkę owego młodzieńca, zdążył on obejrzeć większą część tych japońskich perełek. Miał on poźniej syna, miał tez córkę, a no i miał jeszcze jedna córkę i wtedy to, kiedy już żelazna kurtyna nad jego krajem opadła i otworzył się dostęp do podłych plugawych i złych dobrodziejstw kapitalizmu, zakupił on magnetowid. Jakaż zrodziła sie w nim pasja gdy biegał po wypożyczalniach i trafiał na znane mu z lat wczesniejszych tytuły kaset wideo. Ilez radości sprawiało mu opowiadanie o sile, mocy, umiejętnościach w sztukach walki i znanych mu przygodach potwora Godzilli. Chodzą nawet pewne plotki, że właśnie po to zakupił on plugawy sprzęt wideo, aby móc przeżywać w kółko i na nowo przygody swego kochanego potwora. I tak w genospadku otrzymałem miłość do Godzilli i innych Kaijū.
- lektury szkolne - jeśli chodzi o czytanie lektur obowiązkowych, to jak wszystko co nakazane, tak i to nie znalazło u mnie większego zainteresowania. Z małym wyjątkiem, gdyż przez 8-letnią karierę szkolną przeczytałem dwie lektury, bez omijania stron czy rozdziałów i uczciwie w całości. Tymi odstępstwami były: "Akademia Pana Kleksa" Jana Brzechwy i "Przypadki Robinsona Cruzoe" Daniela Dafoe. Obie książki jakże różne, inne i niepodobne do siebie, a jedyną integralną cechą obu powieści jest portal, poprzez, który ja - młody czytelnik, w bardzo prosty sposób przeniosłem się do światów opisywanych przez Jana i Daniela, i znakomicie odnalazłem wymarzonego siebie w postaci zarówno Robinsona, jak i Adasia. Chciałem być Adasiem Niezgódką, chciałem być Robinsonem Cruzoe, i gdyby nie skuteczność w zniechęcaniu, systemu edukacji do czytania lektur, poprzez wyznaczanie czasu na przeczytanie, piętnowanie uwagami lub "pałkami" nieprzeczytania i odpytywanie z treści, to zapewne wcielałbym się w innych równie barwnych bohaterów, lub przyglądałbym się z boku ich przygodom. A przede wszystkim pokochałbym literature dużo wcześniej i nie musiałbym nadrabiać ogromnych zaległości.
- Heroizm - O to chłopaki lubia najbardziej, któż z nas nie marzył by zostać strażakiem, któż z nas nie marzył by być wielbionym i chwalonym za swe szlachetne uczynki, aczkolwiek gdy się tak chwilke zastanowić, to znam kilka charakterów, dla których altruizm jest szczególnie obcy i nieludzki, ale wydaję mi się że to wyjątki. Strażak to oczywiście realny bohater, ale ilóż bohaterom fikcyjnym zazdrościło się całokształtu. Z dzieciństwa pamiętam kreskówki o bohaterach, którzy walcząc po stronie dobra zawsze zwyciężali zło, czy filmy o różnorakich mścicielach walczących o sprawiedliwość, któż z nas chłopców, podczas swych zabaw nie kreował się na Supermana, Superboya, Zorro, Robin Hooda, Kapitana Planetę, Janosika, Batmana, Flasha Gordona, Spider-Mana, Żółwia Ninje, Rambo, Strażnika Teksasu, Herkulesa, Tarzana, Indiana Jonesa, Motomyszę z Marsa, Muszkietera, He-mana, czy też Czarodziejkę z Księżyca. Ja odkąd sięgam pamięcią, a z poźniejsza erą komiksów, pragnienie bycia bohaterem, nasiliło się jeszcze bardziej i mam tak po dziś dzień.
- "Niekończąca się Opowieść" - właśnie się zastanawiałem jak mogłem pominąć ten film. Nie wiem, czy przypadkiem od tego filmu nie zrodziły się we mnie uczucia miłości do FANTASTYKI… musiałbym to zbadać. Byłem w wieku przedkomunijnym kiedy obejrzałem ten film po raz pierwszy, a pamiętam jakby to było wczoraj. Siostry były jeszcze młodsze a ówczesne miejsce zamieszkania różniło się nieco, od tego w którym mieszkaliśmy po mojej komunii. Nie mieliśmy jeszcze magnetowidu, ale na szczęście istaniały wypożyczalnie kaset wideo, gdzie po wpisaniu się w kolejkę, można było wypożyczyc także odtwarzacz. Podążający za nowoczesnością, unikający wszechogarniającego zacofania - mój Ojciec, był kilka razy do roku szczęśliwym wypożyczającym odtwarzacz. Oczywiście, żeby uniknąć głupiego wpatrywania się w to urządzenie i niebieski ekran z napisem AV, bystry tato wypożyczał również kasety z filmami i bardzo często były to filmy Karate, Akcji no i właśnie coś dla dzieci, czyli jak pamiętam najczęściej był to "Kubuś Puchatek" oraz "Niekończąca się Opowieść". Ależ to był film. Tato wypożyczał go kilka razy, i tyleż samo razy wywoływał we mnie masę emocji. Wraz z rodzinką jak i zaproszonymi na seanse gośćmi, współczuliśmy Bastianowi w jego kłopotach szkolnych, Uciekaliśmy razem z nim do księgarni tajemniczego Koreandera, kibicowaliśmy bohaterstwu Atreyu, prężyliśmy muskuły, gdy podejmował się trudnych zadań, płakaliśmy gdy ginął w bagnach jego koń Artax, trzęśliśmy się ze strachu, gdy ścigał go wysłannik nicości-wilk Gmork, i płakaliśmy ze wzruszenia, gdy Bastian uratował świat Fantazji i kiedy smok Falkor w nagrodę pomógł mu zemścić się na jego wstrętnych prześladowcach. Jak mogłem o tym filmie zapomnieć….
- horrrory – dawno, dawno temu, za kilkoma drogami, kilkoma ulicami, za kilkoma blokowiskami i za kilkoma w pamięci brakami, nocną porą dnia w autobusie jechałem bardzo młody Ja. Nie byłem sam, aczkolwiek odczuwałem nieobecność pomocnej dłoni, w razie przerażającego ataku, którego spodziewałem się jak dnia jutrzejszego. Spoglądałem w niepewności przez szyby PKS-u w różno-czarne obrazy po drugiej stronie. Walczyłem z wyobraźnią, by ta nie podsuwała mi animacji, w których, mrokiem okryte drzewa, starają się pochwycić mnie, moją mamę i rodzeństwo. Najgorzej było kiedy mijaliśmy jakiś cmentarz, wtedy to z grobów zaczęły wyłazić ich mieszkańcy, i było wtedy dla mnie jasne, że ktoś otworzył wojskowe pojemniki z gazem, który ulatniając się w atmosferę obudził mózgożerców. Nie patrzyłem w okna, bo nie wiadomo, czy w tej właśnie chwili jakiś umarlak nie przyczepił się do autobusu i nie wyskoczy z prawidłowym wyczuciem strachu. Cholera a co jeśli Białystok do którego się zbliżamy, jest już cały opanowany przez zmarłych? Przecież tyle tam cmentarzy…Kurcze nie mogę ostrzec mamy o możliwym zagrożeniu, bo w przypadku pomyłki, misja „Brak skutków ubocznych w zezwoleniu na horrory” poniosła by klęskę. Na szczęście tej nocy zmarli nie ożyli. Ale dworzec o późnej porze także nie sprzyjał pozytywnym myślom. Obserwowałem pobliskie wyjścia z podziemnych tuneli, czy przypadkiem nie wyłazi z nich dziwny facet w białej masce z wielkim nożem kuchennym, i analizowałem różne scenariusze, na wypadek gdyby wylazł. No i oczekiwanie na kolejnego PKS-a trwało wieczność, ale na szczęście dotarliśmy do domu. Ale tu znowu pojawił się problem, gdyż zerwałem się ze snu, w chwili paraliżującego upadku, kiedy ścigały mnie wszystkożerne małe jeżowate stworki, było późno i trzeba było zrobić siku. Hamletowski dylemat – mokre łóżko, czy spotkanie z demonicznymi mieszkańcami lustra. Na szczęście ani w lustrze, ani w pokojowym oknie, w które nie śmiałem spojrzeć prawdopodobnie nie było nikogo strasznego. Pod standardowym pokojowym schronieniem przed duchami, których nie chciałem tego wieczora oglądać – kołdrą, doczekałem bezpiecznej pory dnia. Ale słońce niebawem się schowa i…. Dwa razy się zastanowię, jeśli mój synek osiągnie wiek szkolny i zechce udowodnić, że będzie na tyle odważny by oglądać samemu horrory o późnej porze nocnej.
W zasadzie więcej schizów nie pamiętam, może było ich więcej, jeśli tak to żałuje, a Ciebie zdziwiony czytelniku proszę o wyrozumiałość i milczenie.
Ja wyżej i niżej opisany ostrzegam iż w dalszej części zostanie opisana moja długa podróż po kartkach i kadrach komiksów. Jako iż będzie szczerym wyznaniem kłopotliwej choroby musi być opisana zrozumiale, a to w przypadku mego sześciowątkowego myślenia może przybrać długość słynnej amerykańskiej drogi, oznaczonej niemalże liczbą szatana. Zatem mało cierpliwych zapraszam do opuszczenia tego rozdziału, a wytrwałym życzę szczęścia, zdrowia, pomyślności i powodzenia!
Kurcze Opowiedzieć Muszę I Krótko Scharakteryzować tak wiele faktów z dawnych lat iż nie wiem czy podołam. Ale nie skapituluję. Wszystko zaczęło się dosyć późno, bo w VII klasie szkoły podstawowej, kiedy to moje ciekawskie usposobienie dostrzegło w rękach mego wielkiego kolegi „Mateja” kolorową okładkę, a na niej znaną powszechnie postać „Supermana”. Dziwne bo zazwyczaj mój ziomek zajęte miał ręce, czymś innym, a dokładniej rzecz ujmując kimś innym. Tą szczęściarą była Dorotka (pozdróweczka), która walcząc z samą sobą udawała iż nie pozwala mu rozpinać stanika, a już broń Boże!, wkładać łapek pod bluzkę, no ale nie o tym chciałem… Powtórne zdziwienie mnie ogarniało na samą myśl „Duży chłop, baby garściuje, a i komiksy czyta…”. Jakoś nie mogłem tego strawić. A że nudno było na lekcji, okładka taka kolorowa, interesująca, no i trzeba zrozumieć zanim ponaśmiewam się z chłopa, chwyciłem sam za te paletę barw, uprzednio prosząc o zgodę. Nie pamiętam, który to był numer polskiego wydania „Supermana”, ale pamiętam znaną mi postać przedstawioną w dynamice kadrowej komiksu i kartkując podziwiałem same rysunki. Kolejne przerwy posłużyły mi jako krótkie przybliżenie komiksowej historii Supermana, którą wielki kumpel „Matej”, w formie wykładu gawędziarskiego znakomicie streścił, zrecenzował i zachęcił. Zapragnąłem też poznać opisywany świat, i zapytując wcześniej o to czy ma komplet numerów, następnie czy pożyczy, jeszcze tego samego dnia zaszedłem do niego i pożyczyłem jakieś 20 sztuk tej dziś mi cennej formy artystycznej. Mimo braku wprawy, bardzo szybko ogarnąłem przygody superherosa, i niczym na głodzie chciałem więcej i więcej. Matej miał tego bardzo dużo, a gdy skończyły się „Supermany”, pożyczałem „Batmany”, „Spider-Many” „Mega Marvele”, „G.I. Joe”, „Transformersy” i wszystko inne co u niego na półkach wygrzebałem. A kiedy jego zasoby się wyczerpały poszukiwałem kolejnych szczęśliwych posiadaczy i już jako wprawiony „komiksopożeracz” w ciągu kilku miesięcy pochłonąłem niemal 8-letnią schedę amerykańskiego rynku komiksowego w Polsce. Później kiedy to ciągle pożyczałem nowe numery kolejnych zeszytów serii, odczułem pewna pustkę. Chłopaki mi pożyczali, razem się tym fascynowaliśmy, ale owe atrybuty szczęścia uzupełniały spore kolekcje moich kolegów, a ja zostawałem tylko z wrażeniami. Marzyłem o podobnej komiksotece, ale zbieranie od aktualnych numerów nie bardzo by mnie cieszyło. Wtem Przeznaczenie którego, jak czterokrotnie nas przekonywano, nie da się oszukać, zesłało na kioskowe półki numer pierwszy, nowej serii, którą zgodnie z wytycznymi Przeznaczenia postanowiłem kupić i kolekcjonować.
Zabity pułkownik tajnych służb CIA, który powraca z samego piekła jako pretendent do tytuły generała Hord Piekielnych. Co zresztą za sprawką podstępu jednego z wielkich Diabłów – Malebolgi, przynosi mu tylko ogromne cierpienia i ból. Zastaje bowiem swój własny świat zupełnie odmieniony - jego miłość dla której wrócił jest żoną jego najlepszego przyjaciela; owy przyjaciel obdarza ją darem dziecka, dzięki czemu były pułkownik Al Simmons odkrywa iż to jednak po jego stronie stał czynnik bezpłodności; a dobijającym, cierpiącą duszę Ala, faktem jest to iż powrócił on jako gnijące ludzkie zwłoki, nie przypominające niczym dawnego Ala, z potęgą piekielną, o którą wcale nie prosił, podobnie jak nie prosił o towarzystwo, które pojawia się razem z nim.
Właśnie w tej historii Todda McFarlane’a się zakochałem, podobnie jak w rysunkach wielkiego mistrza, a polskie wydanie, którego stałem się szczęśliwym posiadaczem nie odbiegało jakością od zawartości komiksu. Problemem wówczas była cena - 4,95 zł, przy 5 złotych kieszonkowego, całkowicie mnie spłukiwała, ale warto było rezygnować ze wszystkich przyjemności, jakich można było doświadczyć za 5 zł, dla początku mojej wielkiej przygody z kolekcjonerstwem. Uzbierałem kilka numerów „Spawna”, a TM-Semic wystartowało z kolejna nowa serią, i to osadzoną w tym samym świecie co moje sacrum. Skutecznie lobbowałem u mamy o podwyżkę kieszonkowego i mogłem włączyć do kolekcji kolejne numery nowej pozycji „Wild C.A.T.S”. Wprawdzie nowa seria skończyła się w następnym roku, a szkoda gdyż poziom artysty Jima Lee, wysoka jakość polskiego wydania komiksu tłumaczyła kolejną wysoką cenę, ale pewnie tłumaczyła także niewielkie zainteresowanie pozycją.
Nadejszły wiekopomne czasy zawodówki, pierwszych legalnie zarobionych pieniędzy, w ramach płatnej praktyki zawodowej, odkrywania coraz to nowszych punktów z prasą przecenioną, a także kilka nowych znajomości w komiksowym światku, które to eksplodowały najmądrzejszą moją decyzją życiową o kolekcjonowaniu wszystkich komiksów, jakie uda mi się zdobyć, ale w ograniczeniu do tematyki w nurcie Fantastycznym. Także "Kaczory Donaldy" "Muminki", czy "Barbie" niestety nie mogły się cieszyć kawałkiem własnej przestrzeni na moich stale przepełnianych pułkach. Punktem zwrotnym w tym śmiałym i odważnym postanowieniu okazała się hojność mego nowego kolegi z zawodówki – Darka K., który mało tego iż dostarczył mi kilkanaście komiksów do poczytania, ale powiedział iż mogę je sobie zatrzymać, gdyż jemu są niepotrzebne. W chwili gdy je otrzymałem w tak łatwy sposób pomyślałem, że mogę w podobnie łatwy sposób zebrać ich większą ilość, a nawet może wszystkie. Hehe marzenie. I znacząco nie odbiegłem w swym rozumowaniu, gdyż dzisiaj posiadam okazałą kolekcję, którą uzupełniałem przez kilka lat w najrozmaitszy sposób. Szukałem archiwalnych numerów, po wszystkich znanych mi punktach z „przecenami”, antykwariatach i komisach z pierdołami. Wymieniałem liczne gazety erotyczne, do których miałem darmowy dostęp, ze względu na znajomość z synem pracownika drukarni, na komiksy, kupowane przez mamy młodszych kolegów. Wygrywałem w karty, kości i w przysłowiową grę w marynarza, gdzie stawkami były zazwyczaj drogocenne egzemplarze komiksów, ogólnie trudno dostępne. A także wydawałem mnóstwo ciężko wypraktykowanych pieniędzy, na odkupywanie komiksów od „kolegów w potrzebie finansowej”, lub imałem się innych, niecnych sposobów na progresję kiełkującej kolekcji. Wraz z komiksami niósł się cały śmietnik kultury pokrewnej. Różności na podstawie komiksów: filmy, seriale, figurki, gry, komiksy na podstawie filmów, filmy na podstawie gier, książki na podstawie filmów, filmy na podstawie książek, aż potem wszystko co w temacie S-F, Horror i Fantasy i tak ten kulturowy balon rósł, rósł i kurcze nadal rośnie. Dzisiaj jestem szczęśliwym posiadaczem ponad 700-egzeplarzowej kolekcji komiksów, lekko ponad 100-egzeplarzowej biblioteczki, sporej wideoteki i kilku-egzemplarzowej kolekcji oryginalnych gier na PC, a także mnóstwa innego stuffu.
Inne Zainteresowania
Oprócz generalnej pasji, którą nieco przydługo opisałem powyżej, interesuję się Parapsychologią i innymi zjawiskami nadprzyrodzonymi, religiami, mitologiami, historią i polityką, oraz w nieco mniejszym stopniu biologią, geografią, militarystyką i kulturoznastwem.
About Site
Jeśli komuś po głowie pełza myśl „Skąd pomysł na sajt?”, to w poniższym krótkim (obiecuje) wypracowaniu przybliżę nieco moją koncepcję odnośnie własnej Wiki.
Otóż Fantastyka to obszerne kompendium pomysłów i fantazji twórców (dalej zwanych artystami, gdyż jako fan i pasjonat doceniam ludzi z fantazją i wyrazem szacunku dla każdego małego wkładu ludzkiego w tworzenie nowego „dzieła”, podkreślam tymże tytułem). Pochłaniając mnóstwo pozycji nieraz człowiek chciałby uzupełnić nieco wiedzy o twórcach, czasie i historii narodzin dzieła, okoliczności ich powstania, czy choćby wydawnictwa jak to się ma w przypadku książek czy komiksów. Oczywiście nie trudno jest to wygooglować, i jest bardzo wiele stronek poświęconych tematyce Fantastyki, niestety brakuje takiego trochę encyklopedycznego zestawienia tematów w polskojęzycznym Internecie, a żeby poczytać choćby o smokach, to trzeba odwiedzić mnóstwo witryn, by zebrać w miarę solidną wiedzę. Poszukiwałem nieraz artykułów na wikipediach i bardzo mi się podobał fakt umieszczania, przez użytkowników artykułów o moim ukochanym świecie Wyobraźni Ludzkiej, ale niestety artykuły te nie są w pełni nasycające. Są takim skromnym PWN-owskim zarysem, który mówi, że coś powstało i istnieje. Moja ideą, jest stworzenie własnej Wiki, gdzie postaram się opisywać możliwie nasycająco o każdym zagadnieniu, i o każdym najmniejszym pierwiastku twórczości. Postaram się zebrać możliwie jak najwięcej treści i przedstawić ją w sposób encyklopedyczny, tak aby był łatwo przyswajalny dla ciekawego odbiorcy. Niestety minusem na niekorzyść mego sajtu, będzie zapewne brak możliwości edycji artykułów przez użytkowników, niestety aby zrealizować swoją koncepcję musiałem odejść od tej szczytnej idei charakterystycznej dla innych Wikipedii. Poprostu marzy mi się moja własna autorska encyklopedia, gdzie nie liczba artykułów, a ich jakość będzie moja wizytówką. Stąd też użytkownicy, którzy zechcą dołączyć do mojej społeczności, będą mieli wpływ na treść, ograniczony tylko do podsyłania linków, czy notatek, które mogłyby uzupełniać napisane artykuły. A jeśli powyższe słowa wywołały, u Ciebie jakieś negatywne odczucia, Drogi Czytelniku, to przepraszam, ale tak widzę mój sajcik. Na plus natomiast będzie zapewne możliwość publikowania swoich ciekawych recenzji, pod pozycjami książek, gier, komiksów czy filmów, którymi chcielibyście zachęcić do spożytkowania innych użytkowników, ale tu też znajdzie się haczyk, gdyż będą to mogły być raczej recenzje pochlebne. Poprzez swoją stronkę chcę zachęcać ludzi do Fantastyki, i zapewne nie będę w tym obiektywny. Uważam iż łatwo jest krytykować, a nam Polakom przychodzi to z większą łatwością. Prościej jest wytykać błędy, stąd też nigdy nie sugeruję się opiniami krytyków w wyborze filmu na wieczór, czy książki na podróż autobusową. O wiele większym wyzwaniem jest znalezienie plusów w pozycji ostro skrytykowanej, zmieszanej z błotem czy wręcz kiczowatej, a jeśli ktoś ma podobnie optymistyczne podejście do tematu, i potrafi zacząć recenzję od słów: „Po tak ogromnej fali krytyki nad pozycją spróbuję nieco złagodzić opinię(…)” - na pewno zostanie to wyróżnione. Jeżeli ktoś chce się pałać w słowach krytycznych, ubliżających, niszczących i wylewać misę pomyj na twórcach, którym się nieco noga powinęła, to „Szukajcie, a znajdziecie”, ale nie w moim świecie!!!
Podobną autorską encyklopedię posiadam u siebie na dysku, w postaci artykułów formatu Word, nad którą pracowałem kilka latek, wiedziałem, że kiedyś będę chciał wrzucić ją do sieci, a kiedy trafiłem na projekt wikidota, uznałem iż nadeszła właśnie ta chwila, która mam nadzieję trwać będzie do końca mego krótkiego żywota, a nawet może później, jeśli któryś z wnuków odziedziczy po mnie chorobę wywoływaną przez wspominanego wcześniej wirusa JZF-M.
To by chyba było na tyle… Życze miłego czytania.
…FANTAoSTAś…